..::MAKE UP::..

I'm conceited, I've got a reason...

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!
Na początek wypada powiedzieć, że głupio tak trochę, że mnie tyle nie było, ale co poradzić, pochłonęło mnie życie, a później jakoś... no, nie wiem, wypadłam z rytmu blogowania. Kilka razy mi się zbierało na notkę a potem zapominałam albo mi wena przechodziła. I tak zleciały miesiące.

W każdym razie pogubiłam się w komentarzach, widziałam jakieś w powiadomieniach na swojej poczcie ale i one mi się zawieruszyły pomiędzy tysiącami powiadomień z wszelkich serwisów, portali i sklepów, w których mam konto. Pamiętam jednakowoż, że kilka osób wyraziło swoje zainteresowanie wyjazdem do USA. Tak więc ponieważ mam taką możliwość na przyszłe wakacje chciałabym Wam ogłosić, że mogę poważnie zainteresowane osoby zarekomendować do pracy work & travel w ośrodku dla niepełnosprawnych w Virginii, tam, gdzie byłam w zeszłym roku. Ośrodek jest bardzo sympatyczny, warunki mieszkania są rewelacyjne, pracujący tam ludzie bardzo fajni i otwarci, położenie jest przepiękne - Virginia oferuje naprawdę nieziemskie widoki i zabójcze upały przy okazji, więc na to radzę się przygotować :) A także na wysoką wilgotność w powietrzu, kleszcze i czarne wdowy.

Praca będzie trwała 9 tygodni plus tydzień przeznaczony na niezbędne szkolenie, w tym z zakresu pierwszej pomocy itd. W weekendy zazwyczaj jest co robić - ośrodek funduje wypady do kina, można się wybrać na zakupy (tego niestety już nie fundują :P ), są wyjazdy na Ocean i do Waszyngtonu. Po skończonej pracy można jeszcze zostać w USA około 2 miesięcy i pojechać sobie gdzie dusza zapragnie.

A teraz formalności. Ośrodek preferuje zatrudnienie przez agencję pracy tymczasowej, żeby wszystko poszło sprawnie i legalnie. Takie agencje pomagają też w uzyskaniu wizy, co jeszcze szczególnie przydatne dla osób wyjeżdżających po raz pierwszy. W tym roku jest jedna konkretna agencja preferowana przez ośrodek, ale nie podam tutaj publicznie nazwy co by reklamy nie robić ;] Zainteresowane osoby mogą się ze mną skontaktować pod adresem email: little_camm@yahoo.pl w wiadomości mogę Wam wszystko dokładniej opisać. Cały wyjazd jest oczywiście legalny, do uzyskania wizy J1 wymagany jest status studenta. Z tego, co mi wiadomo, ośrodek poszukuje osób do pracy na stanowiskach: kuchnia i jadalnia, sprzątanie i dezynfekcja oraz opiekun osób niepełnosprawnych. Pod koniec lutego odbędą się targi, na których będzie obecny dyrektor ośrodka oraz ja :) Aby na te targi przyjechać należy przejść już pierwszy etap rekrutacji. Od razu chciałabym też zastrzec, że do pracy opiekuna preferowane są osoby, które mają już na tym polu jakieś doświadczenie, bo jest to praca ciężka i fizycznie i psychicznie. Ale satysfakcja z niej płynąca jest ogromna.

Wylot planowany jest na 11 czerwca z Warszawy przez Paryż do Waszyngtonu.

Także jeszcze raz: jeśli ktoś byłby zainteresowany wakacjami w USA to złapiecie mnie pod adresem little_camm@yahoo.pl
19.11.2010 o godz. 20:49
Z międzynarodowego sukcesu naszej rodzimy firmy cieszą się chyba wszyscy, niezależnie od tego, jakim uczuciem darzą jej wyroby. Ja osobiście bardzo lubię cienie i pędzle Inglota, eyelinerów jeszcze nie miałam okazji próbować, ale jestem do nich pozytywnie nastawiona. Nie przekonam się natomiast do ich produktów do makijażu twarzy i ust - z tymi miałam niestety w przeszłości złe doświadczenia. Niemniej jednak serducho mi urosło, kiedy przy Broadwayu zobaczyłam na własne oczy znajome logo.

Sklep reklamowany był jako "usytuowany przy Times Square" - tak naprawdę nie jest przy samym placu, jest trochę schowany z tyłu. Wystający neon zdecydowanie pomaga odnaleźć lokalizację, choć w dżungli kolorowych reklam w tej części Nowego Jorku może trochę ginąć.

Salon ma bardzo sympatyczne sąsiedztwo - po skosie znajdziemy firmowy sklep Hershey's, a po przeciwnej stronie - salon M&M's - dwa naprawdę tłumnie odwiedzane miejsca.

Co na temat samego sklepu? Przede wszystkim po zapowiedziach i opowieściach spodziewałam się znacznie większego lokalu - a mamy sklep niewiele większy od salonu Inglota w moim mieście. Ale w zasadzie więcej powierzchni moim zdaniem nie potrzeba, bo na wszystkie ekspozycje kosmetyków jest miejsce, są też oczywiście stanowiska do wykonywania makijażu - czyli to, co znamy z Polskich salonów tejże firmy.

Do środka nie wchodziłam - salon był co prawda otwarty (a było coś około 1 w nocy, ale to w okolicach Times Square naprawdę nie ma znaczenia), ale klientów w nim nie uświadczyłam, a naprawdę nie lubię być atakowana przez ekspedientów. A do tego wybierałam się już do swojego tymczasowego gniazdka, zdjęcia zrobiłam więc w biegu.

Po powrocie z ciekawości wyszukałam kilka amerykańskich recenzji na temat tego sklepu - większość bardzo pozytywnie wyrażała się o oferowanych produktach, ale o samym sklepie już niekoniecznie. Co Amerykankom nie pasuje? Przede wszystkim brak klimatyzacji i niegrzeczna obsługa. Po przeczytaniu tych uwag utwierdziłam się w przekonaniu, że przy Broadwayu naprawdę stanął kawałek Polski.

Zapraszam do obejrzenia kilku fotek, które udało mi się w biegu zrobić:



14.09.2010 o godz. 13:56
No tak, wróciłam co prawda już ładnych kilka dni temu, ale w tym roku dopadło mnie coś, co zeszłego lata zostało mi oszczędzone - dżetlag gigant. Dopiero od jakichś dwóch dni zaczynam sypiać w godzinach uznawanych za w miarę normalne - do tej pory od dnia powrotu nie mogłam zasnąć wcześniej niż pomiędzy szóstą a ósmą rano. A że śpioch ze mnie niesamowity, to wstawałam o 3-4 po południu. Koszmar!

Jeśli zeszłego lata w USA było niesamowicie, to jak było w tym roku nie jestem w stanie opisać - ale było bez porównania lepiej. Tak, jak w zeszłym roku budżet miałam ograniczony i wiele miejsc, które udało mi się zobaczyć zwiedziłam metodą kombinowaną, ale co zobaczyłam to moje, prawda? :) No i najważniejsze - nie było by nawet w połowie tak fajnie, gdyby nie niesamowite towarzystwo, które przez cały czas miałam. Wolontariat przyszło mi odbyć z (w większości) naprawdę sympatycznymi ludźmi, później podróż do New Jersey i Nowego Jorku, gdzie spotkałam się z osobami poznanymi zeszłego lata.

Nie było się bez przykrej niespodzianki - tuż przed wyjazdem kabel od mojego laptopa odmówił posłuszeństwa i na szybko zaopatrzyłam się w tani zamiennik. No i dostałam za swoje, bo nie wytrzymał różnicy napięcia w gniazdkach (oryginał nie miał z tym problemu) i koniec końców mój komputer uległ awarii i nie tylko na kilka długich tygodni straciłam kontakt ze światem, ale przede wszystkim straciłam dobrą połowę mojego licencjatu i w taki oto sposób, chcąc nie chcąc, zachowuję status studenta na jeszcze jeden (fikcyjny co prawda) rok. Z tego samego powodu przepraszam za moją nieobecność i brak odpowiedzi na emaile/komentarze/zapytania na gg. Niestety tak wyszło :(

Zmieniając temat na przyjemniejszy - wyjazd do USA zaowocował oczywiście całkiem przyjemnymi zakupami, aczkolwiek znacznie mniejszymi, niż planowałam. Sporo pieniędzy rozkulało się - najpierw na naprawdę kompa i nowy kabel (którego cena była astronomiczna, ale przynajmniej działa i radzi sobie także w Polsce), później na bardziej przyziemne wydatki. Ale i tak udało mi się kupić najważniejsze planowane cacko - nowiutki aparat! Stanęło na zwykłej cyfrówce, bo wątpię, żebym coś bardziej zaawansowanego potrafiła obsłużyć, niemniej jednak jest to cyfrówka porządna (Nikon) i jak na razie radzi sobie świetnie i przy tym zajmuje w mojej torebce 1/3 miejsca zajmowanego przez mój stary aparat. Przy zdjęciach makro jeszcze jej nie testowałam, ale mam nadzieję, że obietnica zamieszczania lepszej jakości zdjęć wreszcie znajdzie swoje pokrycie w rzeczywistości :) Oprócz aparatu naturalnie babskie sprawy - ubrania i kosmetyki, z których to recenzje co ciekawszych niebawem zaczną po kolei pojawiać się na blogu.

A teraz zdjęć część pierwsza:




14.09.2010 o godz. 12:51

Dzisiaj będzie bardzo nie w moim stylu, bo krótko. A wszystko to dlatego, że niecałe dwie godziny temu wróciłam z przymusowego wyjazdu z uczelni. Gdyby nie pogoda, to byłoby świetnie, ale niestety słonko postanowiło pojawić się dopiero w ostatni dzień mojego pobytu w Krakowie.

Po prawie 9 godzinach w pociągu jestem wypompowana niczym koń po westernie, ale chciałam Wam pokazać fryzurkę, jaką zmajstrowała mi wczoraj moja zdolna koleżanka. Z bólem serca wyjmowałam wsuwki i rozbrajałam tę konstrukcję do mycia.

Pomysł na fryzurę znalazłam na YouTube jeszcze przed wyjazdem. Mam zamiar poprosić ją o kurs produkcji takiego irokeza, bo ja do włosów mam ręce nie dosyć, że obie lewe, to jeszcze do tego powykręcane...

krk7.JPG
krk11.JPG
mohawk.jpg
22.05.2010 o godz. 21:57
Jeszcze tylko miesiąc i trzy dni :) Nie muszę chyba pisać, jak baaaardzo podekscytowana jestem :)

Ostatnio mnie oświeciło, że wypadałoby zamówić minerały na wyjazd, bo później mogą nie zdążyć do mnie dotrzeć. Oczywiście o kosmetycznym pakowaniu się na wyjazd zrobię osobną notkę w swoim czasie (albo i dwie, bo w przyszłym tygodniu czeka mnie wyjazd na 5 dni, niechciany ale konieczny i też trzeba będzie się zapakować), ale już teraz mogę Wam napisać, że takie spakowanie się to niełatwa sprawa. Dobre jest to, że tam będę miała pod nosem sklepy, w których będę mogła zaopatrzyć się w kosmetyki takie jak żele pod prysznic, szampony, odżywki, kremy itd., kolorówkę oczywiście też. Z drugiej jednak strony w zeszłym roku stanęło na tym, że pakując się na powrót do Polski wyrzucałam kosmetyki, których została jeszcze połowa, a których nie mogłam zabrać do domu ze względu na limit bagażowy. Większość rzeczy przyjęły siostra i mama mojego przyjaciela-tubylca (tego przystojniaka ze zdjęć :) ) - była tego reklamówka. I naprawdę nie chcę tego powtórzyć w tym roku, robię więc sobie listę. No bo są takie produkty, których nie używamy na co dzień, a które w pewnym momencie okazują się nam potrzebne i takie właśnie kosmetyki mam zamiar odlać do mniejszych buteleczek. Podczas samego wolontariatu niewiele będzie mi potrzebne, tzn. poza kosmetykami do pielęgnacji nie będę się malować ani układać włosów, no bo po co? Ale zaraz po zakończeniu wolontariatu czeka mnie inny wolontariat, pięciodniowy i później półtoratygodniowe wakacje, w czasie których przydarzą mi się najpewniej najróżniejsze wyjścia i wypady do różnych miejsc (Nowy Jork, ach! ♥♥♥ ), więc kilkudniowy zapas kolorówki i kosmetyków do stylizacji jednak mi się przyda. Ale o tym szerzej rozpiszę się innym razem, teraz nawet nie mam jeszcze kupionych wszystkich potrzebnych rzeczy. Chociaż jestem już blisko. ☺

Wracając do minerałów, o których zaczęłam - będę w innym klimacie, będzie gorąco i wilgotno i o ile nie padnę jak mucha, to będę się pocić i świecić jak psie wiecie-dobrze-co. W razie weekendowych wyjść czy nawet perspektywy dłuższego przebywania na zewnątrz zrobiłam więc listę mineralnych kosmetyków, którym ufam pod względem matowienia i ochrony przed słońcem. Zakupy zrobiłam w dwóch sklepach:

Pure Luxe Cosmetics:

- krzemionka (Silica) - słoiczek o pojemności 1/4 łyżeczki, mam jeszcze odrobinkę w słoiczku 10 gramowym, więc to po prostu przesypię. Krzemionka jest bardzo wydajna, jestem więc przekonana, że wystarczy, a w razie czego na miejscu mogę zamówić więcej, bylebym na pierwszych kilka tygodni miała zapas.

- puder Translucent Matte - genialnie matuje, zmniejsza widoczność rozszerzonych porów. Zamówiłam słoiczek 5g, taki miałam wcześniej i wystarczył na dość długo. Posiadam jeszcze słoiczki pudrów Pure Luxury oraz sypkiego jedwabiu, razem więc powinny dać radę :)

- olejek oczyszczający - zaciekawił mnie ten produkt, zamówiłam więc próbkę. Zobaczymy, czy to faktycznie działa.

- próbka mydła z glinką Rhassoul - i tutaj ZONK. Dostałam dziś rano email z informacją, że mydła już nie ma. Ze strony Pure Luxe zniknęło zarówno mydło Rhassoul jak i mydło Galmanowe - szkoda.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o Pure Luxe. Moja zamówienie złożyłam w zeszły poniedziałek, jeszcze nie zostało wysłane, mam tylko nadzieję, że dojdzie przed 12 czerwca.

Everyday Minerals:

- zestaw darmowych różów do policzków - oczywiście na pierwszy ogień poszły darmowe próbki :) Wybrałam zestaw matowych różów, w których znalazł się mój ulubiony Soft Touch. Posiadam słoiczek w rozmiarze Small (obecnie już nie są dostępne - były w ofercie tylko przez jakiś czas, była to pojemność 10g) i kosmetyk jest już na wykończeniu, więc podobnie jak w przypadku krzemionki po prostu go sobie uzupełnię.

- puder Multi-Tasking Neutral - malutki słoiczek, formuła matująca - na wszelki wypadek. Na miejscu pewnie zamówię jakiś ciemniejszy, jeśli przytrafi mi się opalenizna.

- pudry rozświetlające Natural i Champagne - od jakiegoś czasu dodaję odrobinkę takiego pudru do kremu na dzień, dzięki czemu cera jest przepięknie, naturalnie rozświetlona. Nie używam podkładu, a tym sposobem nadaję cerze trochę życia, co szczególnie dobrze wyglądało przy tych burych, pseudowiosennych dniach. Pudry rozświetlające EDM nie zawierają żadnych brokatów ani innych perfidnych drobinek, które zostają na twarzy i dają efekt cyrkowca. Idealnie rozprowadzają się z każdym kremem i efekt jest naprawdę maksymalnie naturalny. Odcienie Natural i Champagne nadają się dla osób, o takiej karnacji jak ja - jasnej, z lekko różowym podtonem. Posiadam też puder Light Pink, ale ten jest mocniej błyszczący i dodaję go tylko maleńką odrobinkę.

- Kaolin Powder - jeszcze jeden bezbarwny puder matujący.

Okazuje się, że złożyłam zamówienie z ostatnim dobrym momencie - dolar kosztował wówczas 2,94 pln, cena z piątku to już ponad 3,20 pln, różnica przy przeliczaniu nawet niewielkich zakupów jest więc znaczna. Jeśli ufać prognozom ekonomicznym, to dolar zacznie spadać w stosunku do złotego dopiero w wakacje, radzę więc poczekać z zakupami. Prawdopodobnie złoty umocni się po wybraniu prezydenta, wtedy można obserwować kurs PLN :) Ja mam teraz mały problem, chyba nie będę wymieniać kasy tylko pozostawię ją na polskim koncie i przeleję na walutowe przy dogodnym kursie.
09.05.2010 o godz. 13:25


Wreszcie znalazłam chwilkę czasu, żeby trochę popisać :) Mam długą listę notek do zrobienia i chroniczny brak wolnej chwili, albo inaczej - kuleje u mnie umiejętność organizacji czasu i kiedy mam na głowie kilka różnych spraw to zazwyczaj jestem po prostu w rozsypce. A pod koniec dnia okazuje się, że zamiast marudzić mogłam to zrobić z 30 minut. Nienawidzę tego u siebie i staram się nad tym pracować, jakaś samodyscyplina musi być. Ale koniec marudzenia, przejdźmy do rzeczy :)

Z niemałym zaskoczeniem znalazłam w skrzynce pocztowej paczuszkę od Maybelline. Domyślam się, że jej pojawienie się związane było z akcją Trendsetterki, ale byłam święcie przekonana, że mnie to już nie dotyczy, jako że obiła mi się o uszy druga edycja. Poza tym ostatnia paczka przyszła do domu gdzieś w lipcu, a ja ją dopiero rozpracowałam pod koniec sierpnia. W każdym razie nie spodziewałam się tej przesyłki, ale dostać dwa kosmetyki fullsize zawsze jest miło, prawda? :)

Paczka zawierała tusz do rzęs Volum' Express Mascara The Falsies w kolorze Glamour Black oraz błyszczyk Color Sensational Gloss w kolorze Naked Star (numer 610). Ponieważ całe wydarzenie miało miejsce ładnych kilka dni temu, zdążyłam już oba produkty trochę przetestować. No i mam pewne spostrzeżenia.

Zacznijmy od tuszu. Z ręką na sercu muszę napisać, że jest to najlepszy tusz z Maybelline, jaki miałam w łapkach. Co prawda trzeba się przyzwyczaić do szerokiej, płaskiej szczoteczki, ale kiedy już się opanuje sztukę posługiwania się nią, efekty są naprawdę świetne. Od razu zaznaczam, że tą szczoteczką źle maluje się rzęsy dolne, łatwo się ubrudzić i przede wszystkim ciężko je ładnie podkreślić takim kształtem szczoteczki. Co bardzo, ale to bardzo podoba mi się w tym tuszu to fakt, że jest niezwykle lekki i nawet po nałożeniu dwóch warstw na rzęsach po prostu go nie czuć. Co za tym idzie można je podkręcić zalotką i gwarantuję, że pod koniec dnia nadal będą podkręcone. Jest to zupełne przeciwieństwo tuszu Lash Stiletto, po którym podkręcone rzęsy natychmiast opadały w dół. Tusz faktycznie nie skleja i nie pozostawia grudek, przy nałożeniu dwóch warstw może się trochę kruszyć przy aplikacji (co zobaczycie na zdjęciu), ale nie kruszy się już po niej. Kolejny raz przeciwieństwo Lash Stiletto, który skleja niemiłosiernie i do tego śmierdzi. The Falsies widocznie pogrubia i wydłuża rzęsy, jedna warstwa daje naprawdę świetny efekt, rzęsy faktycznie trochę przypominają sztuczne, ale jednocześnie nie jest to efekt tak teatralny, żeby nie można było stosować go na potrzeby dziennego makijażu. Przy dwóch warstwach może pojawić się efekt pajęczych nóżek. U mnie czasami się pojawia, a czasami nie, to chyba zależy od tego jaki dzień mają moje rzęsy albo moja ręka ;) Co mi dość mocno przeszkadza (pomału się przyzwyczajam), to kształt opakowania. Ja rozumiem, że maskara wygląda przez to fajnie i jest widoczna na ekspozycji kosmetyków etc., ale dość ciężko się taką szczoteczkę przez to trzyma i gorzej się nią operuje. Ja na przykład jestem przyzwyczajona do tuszów, których opakowania miały standardowych kształt i szerokość i przez to moje pierwsze malowanie tym tuszem zakończyło się dantejskimi scenami i pośpiesznym zmywaniem makijażu. Jeżeli nie jesteście przyzwyczajone do szerokich rączek, to może chwilę potrwać, zanim przywykniecie do tej. Mimo wszystko jest to naprawdę bardzo dobry tusz, nie mam pojęcia ile kosztuje w sklepach, ale jest zdecydowanie wart wypróbowania. I polecam podkręcić przedtem rzęsy zalotką, efekt będzie naprawdę fantastyczny!

OK, przechodzimy do błyszczyka. Tu już nie ma problemów z opakowaniem, jest standardowe i proste :) Generalnie bardzo rzadko używam błyszczyków innych, niż te o właściwościach powiększających, nieraz się skuszę na jakiś zwykły, ale wtedy zazwyczaj ląduje on na dnie szuflady. Część z nich będzie pewnie miała okazję powrócić do łask jeśli tylko uda mi się kupić bazę pod makijaż ust DuWop. O tym, dlaczego tak bardzo lubię błyszczyki powiększające opowiem Wam w następnej, albo jeszcze następnej notce ;) Dobra, ja znowu nie na temat...

Color Sensational Gloss to błyszczyk na bazie wody, nie jest lepiący, więc wietrzny dzień mu niestraszny. Na ustach jest lekki, przyjemnie się go nosi i nie sposób nie odnotować, że bardzo przyzwoicie nawilża. Co dalej? Posiada przyjemny, słodki zapach (poziomki? cukierki?), ale żadnego posmaku (to w sumie dobrze, bo na przykład absolutnie przesłodkie błyszczyki z serii Sexy Motherpucker zjadam w ilościach hurtowych). Jego trwałość jest raczej przeciętna.

Kolor, który otrzymałam - Naked Star, w opakowaniu wygląda na cielisty beż z drobinkami. Niestety nie ma właściwości kryjących, przez co na ustach daje tylko lekką mgiełką o perłowym połysku. Ten połysk na początku bardzo mi się nie podobał i zresztą nadal nie mam do niego przekonania - przypominał mi trochę perłowe szminki z lat '90-tych, ale nie mówię, że wszystkie błyszczyki z tej serii takie są - być może trafiłam po prostu na taki kolor. Jakby nie patrzeć większość cielistych błyszczyków potrzebuje jakiejś konkretnej bazy, żeby nie wyglądać na ustach na przezroczyste. Później zauważyłam, że jest to coś bardzo podobnego do koloru, który ma na ustach Beyonce w klipie Lady Gagi (mam na myśli ten żółty makijaż, który chodzi za mną już od jakiegoś czasu) i trochę zmieniłam do niego nastawienie. Bo przynajmniej na pewno po niego sięgnę przy okazji odtwarzania tegoż makijażu. Jak już pisałam błyszczyk zawiera drobinki, które w miarę "zjadania się" kosmetyku niestety na ustach czuć i mi to na przykład przeszkadza. Bez tych drobinek byłoby o wiele lepiej. Ogólnie błyszczyk jest bardzo dobry, ale bez fajerwerków. Jeśli znajdziecie jakieś odcienie bez drobinek, to radzę właśnie po nie sięgnąć :)

Poniżej znajdziecie zdjęcia obu produktów. Ostatnio coś grzebałam przy ustawieniach aparatu i wychodzą jakieś lepsze, ale i tak nadal jestem nastawiona na zakup nowszego sprzętu. Jeśli próbowałyście któregoś z tych kosmetyków - piszcie!
04.05.2010 o godz. 13:31
Natrafiłam ostatnio przypadkiem na ten produkt i przyznać muszę, że opis brzmi ciekawie, zaczęłam więc rozważać możliwość zakupienia tego cuda, ale że moje włosy są dosyć toporne, postanowiłam najpierw zasięgnąć Waszej opinii :)

Co obiecuje producent?

"Mieszanka soli, wody morskiej i mikroelementów w sprayu. Produkt stworzony w celu wykreowania unikalnego wyglądu Twojej fryzury. Zapewnia włosom efekt „dnia spędzonego na plaży” - słone i falowane włosy, rozwiane morską bryzą. Zawiera mieszankę soli, wody morskiej, protein pszenicy i minerałów oraz unikalny składnik nawilżający Umordant P. "

Średnia cena na Allegro to 35 złotych, nie wiem jak w sklepach, jeszcze się nie rozglądałam. Mam jednakowoż pytanie: czy któraś z Was miała ten produkt w rękach? Czy można w niego zainwestować? A może jesteście w stanie powiedzieć mi cokolwiek o kosmetykach do stylizacji włosów Gosh, bo jak na razie nic od nich nie miałam :) Będę wdzięczna za opinie, bo kusi mnie wizja takiej fryzurki, jak opisana przez producenta ale... wiadomo jak to z tymi obietnicami bywa :(
992523726.jpg
17.04.2010 o godz. 19:57
Staram się omijać Rossmanna, bo zawsze wychodzę z siatą niepotrzebnych kosmetyków, które w sklepie oczywiście wydawały mi się absolutnie niezbędne. Znacie to? ;) W każdym razie mimo wszystko czasami trzeba wpaść na większe zakupy - zawsze tak mam, że żel do twarzy, krem i peeling skończą mi się w tym samym czasie i przy okazji podstawowych zakupów człowiek poogląda sobie to i owo, a jakże.

W zasadzie szukałam niedrogich lakierów do paznokci w wiosennych kolorkach i przypadkiem mój wzrok padł na balsamy ułożone stertą na bodajże szminkach. Najpierw moją uwagę zwróciło pudełeczko - blaszana puszeczka trochę nawiązująca do stylu vintage - widywałam już balsamy do ust zapakowane w podobny sposób, ale raczej droższych marek, niż Lovely. Przeczytawszy etykietę dorzuciłam balsam do swojego koszyka, jako że specyfików do pielęgnacji ust u mnie nigdy za wiele.

Balsam otrzymujemy na blistrze, trochę niewygodnie się to rozpruwa, żeby w końcu dostać się do puszki z kosmetykiem, ale zabieg w zasadzie zrozumiały, bo puszki po leżakowaniu przez chwilę na rossmannowym ekspozytorze byłyby tak porysowane, że nie wiadomo by było, co to takiego. Sama puszeczka otwiera się już na szczęście bezproblemowo i w środku mamy coś, co na pierwszy rzut oka przypomina albo skórkę cytryny albo skórkę... ropuchy. Jak kto woli :)

Skład kosmetyku podobny jest do kultowego Carmexu - mentol, kamfora, wazelina, lanolina, masło shea i inne. Zapach i uczucie po nałożeniu - identyczne, jak w przypadku Carmexu. Pachnie mocno kamforą, po nałożeniu chłodzi i delikatnie mrowi. Balsam jeszcze w opakowaniu jest bardzo woskowy i ciężko go wydobyć na palec, ale kiedy już tego dokonamy i zaaplikujemy na usta, to momentalnie się rozpuszcza, ładnie rozprowadza i nadaje nawet lekki, szklany połysk. Nosi się go jak błyszczyk, nawilża naprawdę zauważalnie. Zapach jednakowoż może drażnić.

Dodać muszę, że - jak na Lovely - cena jest wysoka - zapłacić za niego trzeba 8 złotych (brzmi śmiesznie, ale przeciętna cena tych kosmetyków to 4-5 złotych). Jak z wydajnością - jeszcze nie wiem, bo mam go dopiero od kilku dni, ale polecam jako naszą krajową alternatywę dla Carmexu.

Lovely ma też od niedawna w ofercie puder mineralny - wnioskuję, że jest to jeden z tych, które mają "dodatek minerałów". Kosztuje 12-13 złotych, zamknięty jest w małym, bardzo ładnym słoiczku i o ile pamiętam posiada aplikator w postaci gąbeczki. Wygląda na bardzo drobno zmielony, co jest plusem. Dostępny jest w trzech kolorach - Pastelowym, Naturalnym i Opalonym. Producent nie podał na opakowaniu składu kosmetyku, co moim zdaniem jest bardzo nie w porządku, bo samo stwierdzenie "puder z minerałami" wiele nie mówi. Nie kupiłam, ale donoszę o tej nowości, może ktoś się skusi :) Jeśli próbowałyście, to koniecznie napiszcie, jak działa.

EDIT:

Te drobinki widoczne na ostatnim zdjęciu to pozostałość po błyszczyku, który wcześniej miałam na ustach. W lusterku były niewidoczne, pojawiły się na zdjęciu z fleszem. Balsam nie ma żadnych drobinek, połysk to już jednak jego sprawka :)
06.04.2010 o godz. 14:12
Tak, tak, w ubiegłą sobotę stuknęło mi 22, czas najwyższy zacząć odkładać na botoks ;] A tak na poważnie - ze względu na to, że urodziny mi wypadły w Wielką Sobotę, to pozostało mi siedzenie w domu z rodziną. Rodzinka zrzuciła się na tort, którego na końcu i tak nie było dane mi posmakować. Tak, moja rodzina jest specyficzna.

A więc siedziałam sobie w domu i makijaż wykonałam z braku laku, nic szokującego, żeby mi Mama nie padła przypadkiem. W ubiegłym tygodniu miałam też wyczekiwane testy na alergię i... Hm, no cóż - tragedia. Łapa mi tak napuchła, że pielęgniarka nie bardzo wiedziała, który bąbel jest od czego, a zaraz po testach nafaszerowali mnie jakimiś specyfikami. No i zapadł wyrok - potrzebne jest mi odczulanie. Ale żebym mogła być odczulana, muszę wyleczyć nerki. A to będzie długa i żmudna sprawa, póki co szukam lekarza, który się tego podejmie i przy okazji nie skasuje tyle, żebym te nerki po wyleczeniu musiała sprzedać. No i dostałam jakieś doraźne leki na alergię, które całkowicie problemu nie eliminują, ale przynajmniej nie kicham jak wariatka i oczy trochę mniej mi łzawią. Ale przekrwione na razie są nadal, czego mam już serdecznie dość. Żółto-zielona tęczówka i czerwonawe białko dają iście szatańskie zestawienie.

Z innych niusów - ambasada USA postanowiła sprawić mi piękny urodzinowy prezent i tak oto na dzień przed otrzymałam wizę. Czekam teraz na zwrot paszportu z wielką nadzieją, że nie zaginął na poczcie. Jeszcze tylko nieco ponad dwa miesiące :)

Wracając do makijażu, to pierwotnie miał on wyglądać trochę inaczej - kolor po wewnętrznej w słoiczku i na skórze wygląda jak zgaszony róż, okazało się jednak, że na bazie mocno ciemnieje, przez co całość wygląda mocno śliwkowo, a miało być różowo-śliwkowo. Chciałabym też zaznaczyć, że w momencie, kiedy robiłam zdjęcia, makijaż miał już "chwilę czasu", stąd na przykład cień w wewnętrznym kąciku się wałkuje. I tutaj pora na dygresjo-recenzję - jest to cień w sztyfcie Maybelline Eye Stiletto i chociaż ładnie rozświetla, to niestety nawet na porządnej bazie długo nie przetrwa - jest przede wszystkim bardzo ciężki i nieciekawie się go nakłada.

Na bardzo dziwnym etapie są też moje rzęsy - jestem jakoś tak w połowie kuracji Revitalashem i tak na oko są już wyraźnie dłuższe, zaczynają się nawet same leciutko podkręcać przy końcach :) Ale nadal brakuje im na grubości, przez co po wytuszowaniu wyglądają jak pajęcze odnóża. Ale kuruję je dalej w nadziei, że "wszerz" im też przybędzie.

I tak - ja też padłam ofiarą okularów a la nerd, aż szkoda, że już nie mam aparatu na zębach. A tak na poważnie to nie mogę nic poradzić na to, że cierpię na okularowy fetysz :(

OCZY:

- baza Smashbox Photo Finish Lid Primer
- cień do powiek Maybelline Eye Stiletto White
- cień do powiek Pure Luxe Rose
- cień do powiek Bell Satin Mat fioletowy (numerek sprawdzę później)
- najjaśniejszy odcień z trio Inglot Integra (ta sama sytuacja)
- pigment MAC Black Black na mokro jako eyeliner i odrobinka na sucho w załamaniu powieki
- biały kajal
- tusz do rzęs Maybelline Lash Stiletto

TWARZ:

- krem matujący Eveline z odrobinką pudru rozświetlającego EDM Natural
- puder matujący EDM Multi Tasking Neutral
- bronzer EDM Soft Bronzer
- róż do policzków Signature Minerals Damask

USTA:

- błyszczyk Sexy Motherpucker Half Naked
06.04.2010 o godz. 13:43


Jak już pisałam w poprzedniej notce marka Signature Minerals to moje przypadkowe wakacyjne odkrycie. Firma posiada bardzo przyzwoitą ofertę kosmetyków mineralnych, w tym to, co wszystkie lubimy najbardziej - zupełnie darmowe próbki, przy których zamówieniu płacimy tylko za przesyłkę. Próbki kosmetyków wybieramy same w liczbie sześciu sztuk. Pudry i róże przyjdą w słoiczkach, próbki cieni natomiast wysyłane są w małych słoiczkach.

Moje pierwsze i jak na razie jedyne zamówienie składało się z 3 cieni do powiek i 3 różów do policzków. Wszystkie odcienie zgadzały się z tymi pokazanymi na stronie z wyjątkiem jednego różu, który okazał się bardzo, ale to bardzo podobny do jednego z cieni, które zamówiłam. I w takiej też roli zapewne go zużyję, bo do mojej karnacji okazuje się być zbyt pomarańczowo-brązowy.

Próbki są dosyć szczodre, zarówno cienie jak i róże wystarczą na co najmniej kilkanaście aplikacji. Kosmetyki ładnie się nakładają, nie osypują się, kolor w zetknięciu ze skórą pozostaje taki sam i nie traci nasycenia. Róże dodatkowo wyglądają bardzo naturalnie, wybrałam spokojne, matowe kolory i na twarzy wyglądają jak naturalny rumieniec. Jeśli chodzi o trwałość, to również nie mam im nic do zarzucenia.

Poniżej znajdziecie swatche posiadanych przeze mnie kosmetyków Signature Minerals. Zwróćcie uwagę na to, jak bardzo róż "Terra Cotta" podobny jest do cienia... "Terra Cota"...

19.03.2010 o godz. 21:08


Na temat tego czym charakteryzują się kosmetyki mineralne można znaleźć w sieci dziesiątki, jeśli nie setki artykułów i jestem pewna, że każda osoba zaglądająca tutaj miała okazję przynajmniej jeden taki przeczytać. Dlatego nie będę powielać tych informacji a zamiast tego zaserwuję Wam moje doświadczenia z tymi kosmetykami.

Minerałki po raz pierwszy odkryłam pod koniec 2007 roku za pośrednictwem amerykańskich blogów, na których dziewczyny rozpisywały się o ich dobrodziejstwach i opisywały kolejne zakupy. Po przeczytaniu kilku takich notek zamówiłam swoje pierwsze malutkie zestawy przy najbliższym dopływie gotówki.

Najpierw wypróbowałam je w domu, sprawdzając, jak wyglądają nałożone już na twarz. Dzięki zestawowi darmowych próbek z EDM weszłam w posiadanie swojego pierwszego różu do policzków - Soft Touch, który do kolor do dziś kocham miłością dozgonną. Wcześniej uważałam, że róż do kosmetyk niepotrzebny, dziś jest to moja największa kosmetyczna mania, zaraz po błyszczykach powiększających.

Wracając jednak do tematu - zaczęłam tych kosmetyków używać na co dzień, omiatając twarz samym tylko pudrem mineralnym zamiast stosowania fluidu i zwykłego pudru. I pierwsze dni były... dziwne. Bo byłam przyzwyczajona do pełnego makijażu, czułam więc, jakby moja twarz była "naga". Dodatkowo miałam potrądzikową cerę (no dobra, nadal mam, ale bez porównania) i koleżanki na uczelni nagle zauważyły, że mam zaskórniki i że wyglądam "jakoś inaczej". Ale potem moja cera zaczęła się poprawiać. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że teraz, po regularnym stosowaniu kosmetyków mineralnych przez ponad dwa lata, mam cerę z o wiele ładniejszym kolorytem, wygląda na zdrowszą, mam mniej zaskórników, a pojedyncze wypryski pojawiają się na mojej twarzy tylko przed "tymi" dniami. A muszę zaznaczyć, że swego czasu trądzik młodzieńczy miałam naprawdę paskudny i żyłam w przekonaniu, że całe życie będę zakrywać twarz ciężkimi podkładami i pudrami, żeby ukryć niedoskonałości i przebarwienia. Nie żartuję.

Osobną zaletą jest fakt, że puder mineralny nosi się bardzo "lekko" - to prawda, że puder taki jest na twarzy praktycznie niewidoczny i że wcale go nie czuć. Wyjątek stanowią pudry EDM o formule kryjącej, które pod koniec dnia mogą się "warzyć", ale matujące już tego problemu nie stwarzają.

Kosmetyki mineralne są też naprawdę bardzo wydajne - na próbce pudru można wyciągnąć miesiąc przy codziennym stosowaniu. Prawdziwe pudry mineralne nie uczulają - na rynku mnóstwo jest jednak kosmetyków półmineralnych, które zawierają talk i bizmut - zapychacze, które znajdziemy w składzie zwykłych, drogeryjnych kosmetyków. Mineralne linie takich marek jak L'Oreal czy Maybelline należą do takich właśnie "fałszywych" kosmetyków mineralnych. Te prawdziwe najlepiej kupować w małych manufakturach, których właściciele kręcą biznes z pasją i oddaniem. I oczywiście tak się składa, że w Polsce żadnej takiej porządnej manufaktury nie mamy, a przynajmniej nic takiego nie wpadło jeszcze w moje ręce.

Dziś już w ogóle nie używam fluidów ani zwyczajnych pudrów. Krem i lekki matujący pyłek albo puder mineralny w zupełności wystarczają. I nie wyglądam jak trup (a przez pierwsze miesiące stosowania chyba tak właśnie wyglądałam).

Co do cieni mineralnych, to jest z nimi tak, jak z drogeryjnymi - można utrafić naprawdę dobre, niektóre jednak rozczarowują - jak te z Pure Luxe na przykład, które, jak już pisałam, uwielbiają lądować na policzkach i wszędzie dookoła, tylko nie na powiece. W zdecydowanej jednak większości mineralne cienie przewyższają te "zwykłe" jakością, paletą kolorów i wykończeń, w końcu tym, że z czasem nie utleniają się i nie tracą nasycenia pigmentu.

Zdecydowana większość sklepów sprzedających kosmetyki mineralne ma w ofercie próbki - niektóre za darmo, gdzie płacimy tylko za przesyłkę, inne za przysłowiowe "grosze". Warto na początek je zamówić, żeby dobrać sobie odcień i formułę pudru - a tych w większości sklepów jest naprawdę duży wybór.

Moim następnym krokiem będzie wypróbowanie mineralnych kosmetyków do pielęgnacji cery - peelingów, maseczek, kremów i emulsji matujących. Postaram się zaopatrzyć w nie latem i szczerze mówiąc (pisząc ;]) jestem szalenie ciekawa efektów. Na pewno też o nich napiszę.

Na koniec jeszcze kilka adresów sklepów, do których warto zajrzeć poszukując dobrych kosmetyków mineralnych:

Everyday Minerals - zdecydowanie mój ulubiony sklep. Mają ogromny wybór produktów, do tego oferują zestawy darmowych próbek, które zmieniają się raz na jakiś czas.

Pure Luxe - mają rewelacyjne kosmetyki do twarzy i niewielką, choć ciekawą ofertę kosmetyków pielęgnacyjnych. Sklep posiada ogromny wybór cieni do powiek, niestety ciężko utrafić taki, który by się nie osypywał. Jako jedna ze stosunkowo niewielu marek oferują czysty, mineralny podkład o konsystencji bitej śmietany, który idealnie matuje na cały dzień - warto wypróbować, choć niektórych może drażnić jego mdły zapach (mnie strasznie drażnił).

The She Space - The She Space skupia się na pigmentach mineralnych, których paleta kolorów jest powalająca. Niestety fani cieni matowych nie znajdą tam nic dla siebie - zdecydowania większość to cienie perłowe lub iskrzące albo metaliczne, najspokojniejsza wersja to cienie o wykończeniu satynowym. Próbki przysyłane są w woreczkach strunowych, koszt jednej sztuki to 50 centów. Cienie są wydajne, ale niektóre wymagają mocnej bazy. Kosmetyki do makijażu twarzy zostały potraktowane trochę po macoszemu i mamy ich niewielki wybór, ale mogę polecić puder "Heat It Up", który jest delikatniejszą wersją bronzera - wygląda bardzo naturalnie!

Silk Naturals - bardzo fajny sklep, którego najciekawszą ofertą jest... puder mineralny, który tworzymy same. Dostajemy bazę oraz pigment i odpowiedni odcień dobieramy same mieszając kolor. W razie potrzeby można dokupić samą bazę lub sam pigment w woreczku, aby nie płacić drugi raz za słoiczek. Sklep posiada w swojej ofercie róże do policzków, będące mineralną repliką różów od MAC czy NARS.

Signature Minerals - moje wakacyjne odkrycie. To bardzo przyzwoity sklep, którego wielką zaletą jest darmowy zestaw sześciu próbek, które wybieramy same. Możemy wybrać sześć cieni, albo sześć różów, albo podkładów - albo wymieszać to i owo. Płacimy tylko za przesyłkę. Kosmetyki oferowane przez Signature Minerals są naprawdę bardzo dobrej jakości.

Mad Minerals - kolejny sklep z wartą uwagi ofertą. Oprócz ogromnej ilości cieni do powiek (które, nawiasem mówiąc, należą do jednych z lepszych mineralnych cieni), można tam kupić kosmetyki typu lekkie, żelowe bazy pod makijaż, mineralną wersję Fix + MACa, mineralne fluidy itd. Warto dokładnie przejrzeć, co tam jeszcze mają w zanadrzu.

Lure Beauty - nie zamawiałam jeszcze nic z tego sklepu, ale zamieszczam go ze względu na bardzo obszerną ofertę naturalnych kosmetyków do pielęgnacji - między innymi z tego właśnie sklepu mam zamiar zamówić część kosmetyków.

Jeśli znacie jakieś inne sklepy, którym warto się przyjrzeć lub macie jakiekolwiek pytania na temat kosmetyków mineralnych - piszcie!

17.03.2010 o godz. 20:00


Nowy teledysk Lady GaGi obfituje w naprawdę zabójcze makijaże - oprócz stylizacji GaGi na Madonnę całą resztę określiłabym jako komiksowe - kolorowe, nowoczesne, odważne, z mocno wyciągniętą kreską. Jak łatwo możecie się domyślić po poniższych zdjęciach - najbardziej przypadł mi do gustu żółty makijaż Beyonce.

Screeny zrobiłam przy najwyższej dostępnej rozdzielczości video, niestety w takiej opcji mocno zacinało, przez co niektóre są trochę niewyraźne - jak na przykład ten, gdzie Beyonce ma na ustach szminkę w fantastycznym odcieniu fuksji, ale na większości widać co piosenkarki miały na buzi dość przyzwoicie.

Mam nadzieję, że komuś się to przyda :)
16.03.2010 o godz. 21:18
Częściowa, bo pewnie zdążę jeszcze coś dodać, a coś z niej wyrzucić. Z poprzedniej listy jak na razie zaopatrzyłam się w Lip Injection i Dandellion, a z kilku rzeczy w ogóle się rozmyśliłam - np. Realness of Concealness, który podobno w realu jest tak maleńki, że jego zakup to absolutne wyrzucenie pieniędzy.

Lista obejmuje tylko kosmetyki, ubrania i inne gadżety to osobna bajka. Ale z tych innych gadżetów jak już wiecie planuję zakup lepszego aparatu i być może BlackBerry, jako że mój przyjaciel ma niesamowitą zniżkę na te telefony i swój nabył za 150$.

Zarejestrowałam się na stronach wszystkich sklepów, w jakich chcę zrobić zakupy i skorzystałam z opcji wishlisty. Te zakupy tam sobie na mnie czekają, a ja mogę sobie poobserwować jak zmienia się cena, popatrzeć na nowe recenzje produktu i ewentualnie zrobić mały update.

Mam też twarde postanowienie, że kupować będę tylko kosmetyki, których naprawdę używam. Od jakiegoś czasu w ogóle nie używam fluidów, ciężkich pudrów i od wielkiego dzwonu sięgam po cienie do powiek, a tych mam pod dostatkiem i wiem, że każde kolejne opakowanie będzie niepotrzebne. Niemniej jednak wpadła mi w oko jedna paleta, którą najpewniej zakupię, ale na tym raczej poprzestanę, jeśli o cienie chodzi. Bardzo mnie za to kuszą błyszczyki powiększające, róże do policzków, lekkie, matujące, półtransparentne lub zupełnie transparentne pudry i tusze do rzęs. Kończy mi się także moja ukochana paletka korektorów od Bobbi Brown i szukam dla niej stosownego zamiennika.

Z innych kosmetycznych spraw bardzo chcę sobie zafundować hennę i regulację brwi, którą w centrach handlowych oferują hinduskie kobiety. Regulacja minimalna, a kolor - chciałabym coś ciut jaśniejszego, niż moja naturalna czerń, bo do rudych włosów wyglądać będą zbyt teatralnie, ale z rudymi też mi niedobrze. No i zamierzam popatrzeć za ciekawymi produktami do stylizacji brwi. Ale przjedźmy do rzeczy.

Kosmetyki i akcesoria drogeryjne:

- Soap & Glory peeling do strefy T
- Soap & Glory lekki korektor rozświetlający pod oczy
- Soap & Glory błyszczyk Sexy MotherPucker XL
- Soap & Glory błyszczyki Sexy MotherPucker w kolorach Nude i Plum
- pędzle od Sonii Kashuk
- CoverGirl Lash Blast Lux podwójne opakowanie
- CoverGirl Lash Blast Length plus kredka Black Onyx
- Boots No7 róż do policzków w odcieniu Petal
- L'Oreal Infallible Plumping Gloss w kolorach: Plumped Rose, Plumped Pink, Plumped Mauve, Plumped Coral, Plumped Tawny
- CoverGirl Exact EyeLights Black Ruby - co najmniej dwa opakowania :) uwielbiam ten tusz!
- Lakiery do paznokci Sonia Kashuk kolory Tutti Frutti i Ooh La La
- i taka specyficzna suszarka stylizująca ConAir

A teraz trochę wyższa półka:

- róż do policzków NARS Orgasm
- korektor Benefit Erase Paste (nie wiem, czy nie jest za gęsty)
- korektor Smashbox HD Concealer
- korektor rozświetlający Smashbox Photo Op
- zestaw mini-tuszów do rzęs Sephora Favorites
- zestaw błyszczyków na bazie wody Stila
- paleta Sephora Color Play 5 in 1
- zestaw błyszczyków Lip Fusion
- tusz do rzęs Lash Fusion
- zestaw DuWop Plumparazzi - olejek i błyszczyk powiększający usta oraz pasta peelingująca i baza pod błyszczyki i szminki o takim samym działaniu - mój numer 1 na liście!

Najpewniej nie uda mi się kupić wszystkich tych cudów, ale pomarzyć i poplanować zawsze można, prawda? :)

15.03.2010 o godz. 13:58
Do wyjazdu pozostały mi jeszcze jakieś trzy miesiące, a ja już nim żyję. Co ja gadam - ja tą perspektywą żyłam praktycznie od dnia powrotu, tyle tylko, że nie wiedziałam, dokąd mnie rzuci. No, mniejsza o to.

W zeszłym roku znajoma, która leciała ze mną miała walizę cięższą jakieś dwa razy od mojej - a wszystko przez to, że zabrała ze sobą pełnowymiarowe kosmetyki typu szampony, żele, balsamy itd. Ja wykombinowałam sobie bardziej ekonomiczną wersję i zabrałam kilka mini-produktów, a sypkie cienie do powiek i róże do policzków w niewielkich ilościach, których i tak tam używałam od święta, zapakowałam w woreczki, przez co mocno oszczędziłam na wadze bagażu. Do tego doszło trochę kremów w próbkach i w sumie wystarczyło mi to spokojnie na jakiś tydzień, a na miejscu i tak już w pierwszych dniach byłam w stanie zaopatrzyć się w tego typu potrzebne kosmetyki. Do czego zmierzam?

Teraz już zaczynam zbierać mini produkty, bo u nas (a przynajmniej u mnie) stosunkowo rzadko można na nie natrafić. Sieć Target oferuje cały dział z kosmetykami travel-size, można tam też za grosze kupić puste buteleczki na produkty, do których wlewa się swoje ulubione kosmetyki. I bardzo żałuję, że się w to nie zaopatrzyłam. Szukałam podobnych u nas w sklepach i na Allegro, ale na nic nie mogę natrafić. Mam więc do Was pytanie: czy wiecie może, w jakich sieciach sklepów (żeby u mnie też były) albo na jakich stronach można znaleźć podobne buteleczki czy kosmetyki travel-size? Wcześniej nie zwracałam na takie rzeczy uwagi, ostatnio szukałam w Rossmannie i nic nie znalazłam, ale może pojawiają się sezonowo, a ja o tym nie wiem? Będę ogromnie wdzięczna za każdą podpowiedź z Waszej strony! A jeśli uda mi się mądrze spakować w tym roku, to przed wyjazdem zrobię posta z jakimiś praktycznymi wskazówkami :)

EDIT:

Bardzo fajne mini-produkty oferuje Sally's Beauty Supply - za mniej niż dolara można tam dostać maleńkie wypiekane cienie do powiek, lakiery, szminki, błyszczyki, tusze do rzęs, eyelinery, miniaturowe grzebienie i szczotki. O ile trochę śmieszne wydaje mi się kupowanie mini tuszu na podróż, o tyle inne małe kosmetyki kolorowe są czymś, o czym powinny pomyśleć wszystkie firmy kosmetyczne. Produkty takie jak cienie do powiek są bardzo wydajne i często wieki zajmuje zużycie jednego opakowania - a co dopiero, jeśli ktoś lubi się bawić makijażem i rzadko sięga po te same kolory. Podobnie ze szminkami i błyszczykami - jeśli ktoś lubi zmieniać kolory, to zazwyczaj taka szminka czy błyszczyk zepsują się na długo przed zużyciem. Zadziwia mnie paleta kolorów oferowana przez Sally's Beauty Supply - mini lakierów jest tam niewyobrażalna ilość w świetnych, modnych kolorach. I to wszystko od 70 do 99 centów.
15.03.2010 o godz. 13:08
No tak, w poprzednim poście było o oszczędzaniu, a tutaj na zdjęciach targowisko próżności. Na swoją obronę mogę powiedzieć, że to, co widać na załączonych obrazkach uzbierało się przez kilka lat (chociaż regularnie przeglądam kosmetyki i wyrzucam przeterminowane, no oprócz cieni może, a te zdatne do użytku, ale nie używane wydaję koleżankom), a małą część kosmetyków dostałam.

Jak widać nie posiadam toaletki, która jest moim babskim marzeniem. Kiedyś, jak już będę na swoim, koniecznie sobie taką sprawię. Pojemną, z wielkim lustrem i wygodnym krzesłem ;) W ten pokój nie chcę już inwestować, no, może po wakacjach chlapnę farbę na ścianę i wymienię łóżko, bo moje już się sypie. Zobaczymy, jak bardzo spłukana będę, bo w takich kategoriach zazwyczaj mierzę swoje finanse.

Pojemniki to zwykłe pudełka obklejone przeze mnie papierem do pakowania prezentów. Nie jest to szczyt artystycznych dokonań, ale jest to rozwiązanie tymczasowe i sprawdza się o tyle, że kosmetyki wreszcie mam utrzymane we względnym porządku, a ustawione sobie w kącie komody nie rzucają się bardzo w oczy. Kurczaczek na pędzelki jest mocno sfatygowany, ale ma ogromną wartość sentymentalną i przenigdy się z nim nie rozstanę ;)

Na blacie trzymam najczęściej używane kosmetyki plus cienie, pigmenty i pędzle. W szufladzie kosmetyki używane rzadziej plus kosmetyki do twarzy typu róże do policzków, pudry mineralne, rozświetlające, matujące, bazy pod makijaż i cienie do powiek etc. oraz niezastąpione balsamy do ust, o których kiedyś zrobię posta. Koszyczki w szufladzie to rozwiązanie tanie (jeden taki to koszt około 80 groszy) i wygodne, a że przed okiem postronnego widza są ukryte, to nie muszą być ładne :) Mam na kosmetyki jeszcze jedną szufladę, a w niej trzymam wszelakie balsamy, maseczki, mgiełki do ciała, generalnie kosmetyki do pielęgnacji plus lakiery do paznokci, sztuczne rzęsy i etui na akcesoria w razie podróży. A w małych, okrągłych pudełeczkach trzymam kolekcję kolczyków na sztyfcie, takich "na szybko", do codziennego stroju.

No i to chyba wszystko, co chciałam na ten temat napisać. Reszta na zdjęciach.
09.03.2010 o godz. 22:21
Muszę się pochwalić, że dostałam bardzo sympatyczną miejscówkę na te wakacje. W tym roku wolontariat odbędzie się w stanie Wirginia. Na początku trochę kręciłam nosem, bo tak mi się to miejsce z niczym konkretnym nie kojarzyło, ale przeprowadziłam mały wywiad środowiskowy i okazało się, że jest tam bardzo miło. Tak więc mamy początek marca, a ja już kolejny rok z rzędu żyję wyjazdem. Jeśli pójdzie tak dalej, to spokojnie będę mogła powiedzieć, że wegetuję od wakacji do wakacji. Dziwne to, bo będąc w zeszłym roku w USA doszłam do wniosku, że ciężko by mi było tam zamieszkać (pomijając niemożliwe do obejścia kwestie formalne), ale mimo wszystko powiedzieć, że niesamowicie mi się tam podobało to zdecydowanie za mało. Cholernie tęsknię za Ameryką!

Wylatuję 12 czerwca do Waszyngtonu, stamtąd śmigam do VA, gdzie siedzieć będę do 20 sierpnia. Później wracam do New Jersey, gdzie najpierw odbędę tygodniowy (chyba, że go sobie utnę) wolontariat z dzieciakami, do których w zeszłym roku niesamowicie się przywiązałam i chyba oszaleję, jeśli się z nimi znowu nie zobaczę :) A później będzie czas na chillout, spotkanie z moim kochanym... przyjacielem, nocne wycieczki do Nowego Jorku. Nie wiem przez ile, ale znając życie nie za długo. Może tydzień, może troszkę ponadto.

Robię już listy zakupów, w tym kosmetycznych. Jest parę rzeczy, bez których nie wrócę ;] Ech, brakuje mi zakupów po amerykańsku, chociaż żeby się nie zgubić w typowym amerykańskim centrum handlowym potrzebny jest kompas i mapa. A najlepiej GPS.

Jestem z siebie dumna, bo o ile pamiętam, to od podstawówki opowiadałam wszystkim, że mam zamiar zwiedzić Amerykę. I wszyscy mi zawsze powtarzali, żebym puknęła się w łeb, że żyję marzeniami i w ogóle na to nie mam szans. A teraz te same osoby, które skutecznie podcinały mi skrzydła siedzą na miejscu i jęczą. A ja spełniam swoje marzenia i doszłam do wszystkiego sama, bez jakiejkolwiek pomocy ze strony rodziców. Pewnie, że musiałam trochę pokombinować, że nie jest to wyjazd stricte turystyczny i nie będę tam leżała tyłkiem do góry, ale i tak warto. Narzuciłam sobie spore ograniczenia, dzięki którym mogę odłożyć na opłaty za wizę, ubezpieczenia i inne tego typu rzeczy i jak na razie ściśle się tego trzymam. Wymarzony zakup w USA? Nowy aparat. I być może BlackBerry, jako że mój kochany... przyjaciel ma bardzo, bardzo wysoką zniżkę na ten gadżet. No nic, zobaczymy. Za trzy dni rozpoczynam oficjalne odliczanie :)
9735_156667324473_150726624473_2538456_3513803_n.jpg
9735_156667334473_150726624473_2538458_1889912_n.jpg
10334_150729669473_150726624473_2489988_8278379_n.jpg
10334_150729924473_150726624473_2489989_400810_n.jpg
10425_163105610527_580530527_3261571_4498395_n.jpg
richmond-va176.jpg
cfiles6633.jpg
9735_156667319473_150726624473_2538455_5173760_n.jpg
9735_156667304473_150726624473_2538454_2567886_n.jpg
09.03.2010 o godz. 21:55


Ile ich będzie - nie wiem, z moim tempem możliwe, że stanie na jednym ;) Naszła mnie ochota na coś lekkiego i wiosennego, wyszło wiosennie i prawie lekko, bo niepotrzebnie kreskę dorzuciłam.

Makijaż wykonany jest trzema cieniami, które łączy jedno - delikatny, złoty połysk. Dzięki temu efekt przejść kolorów jest delikatny i ładnie mieni się w zależności od padania światła, ale jednocześnie nie mamy na powiece choinki. Chociaż lista kosmetyków na dole wydaje się długa, to makijaż jest naprawdę łatwy i stosunkowo szybki.

OCZY:

- baza pod cienie Smashbox Photo Finish Lid Primer
- pigment MAC Naked
- pigment MAC Melon
- cień do powiek Oriflame Coral Satin
- mineralny cień do powiek EDM Parasail
- kredka White Mon Ami
- kredka Cream Essence
- eyeliner w kremie Smashbox Bronze
- tusz do rzęs

1. Powiekę pokrywamy bazą pod cienie i dajemy jej wyschnąć. W tym czasie wewnętrzny brzeg dolnej powieki malujemy beżową, rozświetlającą kredką. Ponieważ moja miała dość słabe krycie, najpierw rozjaśniłam to miejsce białą kredką, a dopiero później użyłam beżowej.
2. Obszar pod łukiem brwiowym rozjaśniamy matowym cieniem w kolorze bardzo jasnego różu (w tej roli EDM Parasail).
3. Ruchomą powiekę pokrywamy pigmentem Naked.
4. Teraz na to samo miejsce nanosimy pigment Melon, z tym, że zostawiamy trochę miejsca w zewnętrznym i wewnętrznym kąciku.
5. Na sam środek powieki nakładamy cień w kolorze delikatnego różu ze złotym połyskiem - ja użyłam Coral Satin Oriflame. Niewielką ilość cienia wyciągamy do załamania powieki, ale bez radykalnego podkreślania ;)
6. Tym samym cieniem malujemy zewnętrzną część dolnej powieki.
7. Powiekę jeszcze raz delikatnie oprószamy pigmentem Melon. Małym pędzelkiem z odrobiną tego pigmentu malujemy dolną powiekę na całej długości, zaczynając od wewnętrznego kącika i "poprawiając" różowy cień.
8. Makijaż można w tym miejscu zakończyć i jedynie wytuszować rzęsy, ale ja dodałam jeszcze brązowy eyeliner, z czego nie jestem zadowolona głównie dlatego, że kolor na cieniach wyszedł zimniejszy i bardziej "brudny", niż w słoiczku. No ale mówi się trudno...

08.03.2010 o godz. 17:47


Jestem dosyć podekscytowana dodając tę notkę :)

Dokładnie cztery tygodnie temu zaczęłam używać preparatu Revitalash. Zgodnie z obietnicą dzisiaj zamieszczam zdjęcia pierwszych efektów.

Cztery tygodnie po rozpoczęciu kuracji powinno być widać poprawę, natomiast naprawdę widoczne efekty osiąga się zazwyczaj po 2-3 miesiącach, a po pięciu (na tyle starcza opakowanie) efekt jest podobno zabójczy. Zobaczymy, jak to będzie, ale po zrobieniu dzisiejszych zdjęć jestem dobrej myśli!

Używając preparatu na co dzień przez długi czas nie zauważałam jakichś specjalnych rezultatów - rzęsy wydawały się jednak bardziej miękki, jedwabiste w dotyku, zdrowsze a także nieco ciemniejsze. Jeśli chodzi o długość i grubość to nie odnotowałam jakiejś specjalnej różnicy, chociaż jakiś tydzień temu zauważyłam, że moje dolne rzęsy, które do tej pory były kompletnie niewidoczne, zrobiły się znacznie dłuższe i dla mnie po prostu zaistniały, bo wcześniej to było tak, jakbym nie miała ich w ogóle.

Wracając do długości i grubości rzęs - efekt zauważyłam dzisiaj, robiąc zdjęcia. Najpierw zrobiłam zdjęcie bez niczego - pomyślałam sobie, że nikt poza mną efektu nie zobaczy. Później podkręciłam rzęsy zalotką i znowu zrobiłam zdjęcie - jakaś tam różnica się pojawiła. A na końcu pomalowałam rzęsy tym samym tuszem, co przy poprzednim poście (CoverGirl EyeLights, nawiasem mówiąc bardzo przyjemny tusz) i wtedy zauważyłam konkretny postęp. Ale tak jak pisałam - to wciąż dopiero początek kuracji, choć teraz jestem naprawdę optymistycznie do niej nastawiona i wierzę w to, że za jakiś czas będę w końcu miała ładne rzęsy :)

Zapraszam Was do przejrzenia zdjęć. Fotki z etapu rozpoczęcia kuracji znajdziecie w tym poście.
28.02.2010 o godz. 15:37


Kilka razy dostałam pytanie o to, jak zafundować sobie cieliste usta. W krótkim tutorialu pokażę Wam, jak taki efekt łatwo uzyskać. Jest to metoda popularna i też dość trwała - na mnie taki makijaż ust utrzymał się kilka godzin (a piłam), zaczął się ścierać dopiero, jak zabrałam się za jedzenie :)

Czego będziemy potrzebować:

- korektor w kremie - płynny będzie nietrwały, a w sztyfcie za suchy dla delikatnej skóry ust (ja użyłam Bobbi Brown, bardzo trwały, ale nie wysusza)
- błyszczyk w odcieniu cielistym lub toffi


1) Usta pokrywamy cienką warstwą korektora, wklepując go palcem.
2) Teraz nakładamy błyszczyk w odcieniu skóry albo toffi - jeśli korektor jest dużo jaśniejszy od naszego naturalnego odcienia skóry, to lepiej użyć ciemniejszego błyszczyka, bo inaczej efekt będzie przesadzony - ja użyłam powiększającego Avon w odcieniu Natural Peck.
3) Palcem "mieszamy" na ustach korektor z błyszczykiem, starając się go równomiernie rozłożyć.
4) Gotowe :)

Przykładowe błyszczyki z mojej kolekcji, których możecie użyć do wykonania cielistych ust w duecie z korektorem (same w sobie kryją zbyt słabo).

Na zdjęciu kolejno:
- mini-paletka Bobbi Brown - kolor 1 i 3
- Too Faced Lip Injection w kolorze Techno Buff
- Avon Plump Pout w kolorze Natural Peck
- Smashbox w kolorze Coy
- Soap & Glory Sexy Motherpucker w kolorze Half Naked
- Bell Glossy Bloom numer 05 (06 jest bardzo podobny, także się nada)
26.02.2010 o godz. 21:11
Wzięłam się dzisiaj za długo obiecywane sobie samej generalne porządki w kosmetykach. Sporo z nich najzwyczajniej na świecie wylądowało w śmietniku, chociaż znalazłam też kilka takich, które są jak najbardziej zdatne do użytku, ale ja z różnych powodów z nich nie korzystam. Część z nich tylko wypróbowałam, inne użyłam góra kilka razy. To są groszowe sprawy, nie będę więc bawić się w wystawianie ich na Allegro, ale może któraś z moich Czytelniczek zechciałaby przyjąć jakiś. Jeśli nie znajdzie się nikt chętny, to po prostu pozbędę się ich w najprostszy sposób ;)

Zasady giveawaya są takie: jeśli interesuje Cię jakikolwiek kosmetyk, to zarezerwuj go sobie w komentarzu pod tą notką a następnie wyślij do mnie email z podobną informacją. Ja odsyłam mój adres domowy, na który przysyłasz mi zaadresowaną kopertę zwrotną ze znaczkiem/znaczkami. I to by było na tyle. Jeśli macie jakieś pytania - piszcie :)

A oto, jakie kosmetyki mam do wydania:

1) Lekki, nawilżający podkład Covergirl. Kupiłam go w Stanach, ale użyłam bodajże tylko raz. Jest to podkład mocno płynny, o ziołowym zapachu (nie jest nieprzyjemny, ale może przeszkadzać bo ziołowe nutki to nie jest chyba częsta sprawa przy podkładach). Zapewnia dość lekkie krycie, ładnie zlewa się ze skórą i dobrze nawilża.

2) Krem koloryzujący Nivea. Użyty kilka razy, jestem do niego za blada. Krem nadaje skórze delikatnie opalony wygląd, nie kryje. Ładnie pachnie, ale trzeba mieć dużo cierpliwości, żeby rozprowadzić go bez smug.

3) Krem koloryzujący Avon. Użyty 2-3 razy, działa podobnie do kremu Nivea, ale jego odcień jest jaśniejszy, z ciepłym podtonem. Zapach charakterystyczny dla wszystkich kosmetyków Avon z tej linii.

4) Sztuczne rzęsy. Fason widać :) Są nowe, dostałam je gratis do któregoś zakupu bodajże na eBayu. Pudełko jest troszkę sfatygowane od leżenia w szufladzie, ale rzęsy są w porządku ;) Nie posiadają kleju.

5) Ozdoby do paznokci. Kolejny gratis, który dostałam do zakupu słoiczków kosmetycznych. Mam około 15 woreczków takich ozdób - brokaty, cięta folia, jakieś wstążki itd - nie wiem, jak to się fachowo nazywa, bo swoje paznokcie zazwyczaj traktuję tylko lakierem, ale jeśli ktoś lubi zdobienie, to może się takie coś przydać. Wydaję cały komplet.

6) Błyszczyk Vipera. Tylko wypróbowany. Kolor różowy ze złotym połyskiem, lekki i dość dobrze kryjący.

7) Szminka w płynie Lovely. Z serii powiększającej - efektów za bardzo nie daje, ale całkiem przyzwoicie nawilża. Kolor - delikatna brzoskwinia z iskierkami, dość jasny. Użyta 2-3 razy.

8) Tusz do rzęs podkręcająco-wydłużający Wibo. Kupiony w czasie kryzysu finansowego, ale okazał się zakupem dla mnie nietrafionym, bo z moimi słabymi rzęsami mało który tusz sobie radzi. Użyłam go jeden raz. Dzisiaj sprawdzałam - nie jest wyschnięty :)

9), 10), 11) - cienie do powiek Sensique. Ze starej kolekcji, ale cienie do produkty naprawdę długowieczne. Zużycie widać na zdjęciach. Pigmentacja jest całkiem przyzwoita, jak na cienie z tej półki, ale trwałość "mocno średnia", dlatego polecam użycie pod nie bazy. Cień kremowy ma dość sporych rozmiarów brokat, który lubi się sypać, natomiast dwa pozostałe mają ledwo widoczne na oku, maleńkie iskierki. Odcienie na skórze wychodzą bardzo ładne.

12) Cień w musie Lovely. Kupiony na próbę, użyty jeden raz. Na skórze daje efekt delikatnej poświaty, kolor jest raczej słabo widoczną mgiełką. Cień jest jednak dobry jako baza pod makijaż oka, szczególnie w odcieniach fioletu.


P.S. Wydaje mi się, że na wszystkie emaile, które od Was dostałam odpisałam. Jeśli kogoś pominęłam, to piszcie jeszcze raz, bo Wasza wiadomość mogła się zawieruszyć w tych setkach reklam, które codziennie przychodzą mi na skrzynkę ;]

giveaway1.jpg
giveaway2.jpg
26.02.2010 o godz. 19:50
makeup
..::MAKE UP::..
Skąd: Bydgoszcz / HTown, New Jersey, USA
O mnie: Mój blog to internetowy katalog moich pomysłów i postępów w sztuce makijażu. Nie jestem wizażystką, nie spodziewajcie się więc cudów, ale lepszych i gorszych, łatwych do wykonania propozycji. Znajdziecie tu też recenzje wartych uwagi kosmetyków - zarówno drogeryjnych, jak i trudniej dostępnych oraz mineralnych. Tutoriale robię na zamówienie - jeśli podoba Ci się jakiś makijaż, daj mi znać :)
statystyki
sekcja użytkownika
free hit counter
free hit counter